Kocha, lubi, nie chce.

Powoli zaczyna się robić poważnie.

Oddzielam w szafie sukienki od dresu, te pierwsze na przed i za kolano. Pakuję obiad w pudełko, czasem nawet orzechy do słoika. Te z fałdami, na mądra głowę.

Mówię rzeczy, które ludzie biorą sobie do serca. Ci sami sprawiają, że moje jest ciągle większe.

Zdejmuje z siebie oczekiwanie, że nie mam prawa się mylić. Walczę o rację, jeśli ma popchnąć ich dalej. Gryzę się w język – ciągle wracając do początku. Dlaczego rozmawiamy? Jaka stoi za nimi historia i czemu się widzimy. My. Dzisiaj. Na samym starcie. Po tylu latach.

Nie wstydzę się, gdy ktoś mnie podpatruje. Mrugnij jeśli przesadzę. Bo czasem to nie ich złość tylko moja.

Odbieram sobie prawo do patrzenia z góry. Nie mam jeszcze podłogi w LEGO i dzienniczka uwag. Ciągle dobrze sypiam w nocy.

Z niedowierzaniem odkrywam do kogo mi bliżej. I czemu do tych, którzy wypalą mnie raczej szybciej niż później. Lubię mówić z nimi o tym samym. Widzieć, że nawet to tak wiele kosztuje. Wypiąć się na konwenanse. Nie podałeś mi dłoni żeby chwycić całe przedramię. A inni tylko udają, że siedem słodzonych herbat jest słabym pomysłem na kolację.

Lubię ludzi. Nie lubię ludzi.

Chcę się ich uczyć i chłonąć. I chować do dziury. I wracać.

Reklamy

Na poważniej.

Siedzimy sobie w Poznaniu. Jemy ciastka na noc, Marek ogląda mecz, ja pochłaniam książki. Mylimy dni tygodnia, pijemy wspólną kawę w południe. Mamy cały świat.

Znów przypominam sobie jak niewiele nam potrzeba. Może prócz chwil takich tak te. Bo urlop jest po to żeby zrobić krok w tył, zostawić w domu komputer i jeść śniadanie na obiad. Nieważne czy Twoje zdjęcia nadadzą się na insta, jesteś za granicą czy w rodzinnym domu.

Z każdym wolnym czasem patrzę na mojego męża jeszcze poważniej. Jak to możliwe, że ciągle mi się nie nudzisz? Że mam ochotę układać już wszystko pod nas.

Podczas tego urlopu spotkałam ludzi, którzy mają się podobnie jak my. Robią kanapki na drogę i celebrują wolną niedzielę. Bardzo na coś czekają. Najszczerzej trzymają za nas kciuki i wiedzą, że rzeczy bywają nieproste.

Przypomniałam sobie jak bardzo lubię filmy Allena. Że gdzie Dominikanie tam jak w domu. Że jeśli postawisz centrum w odpowiednim miejscu – reszta będzie układać się sama. A większość fizycznych dolegliwości zdecydowanie zaczyna się w głowie.

***

Przed nami jeszcze dosłownie chwila wolnego, ale już wiem, że warto tak wracać do siebie. Żeby mieć się od czego odbić a na pewno będzie potrzeba.

Cudowny mały blond obecnością lata usprawiedliwiała ostatnio brak nowych wpisów na swoim blogu. Ja nim wytłumaczę znacznie więcej. 😉 I choć urlop rozpoczęłam dopiero we wtorek – to wystarczyło żeby chcieć więcej i wzdrygać się na samą myśl o jego końcu. 

***

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, ale i na poważne sprawy przyjdzie pora. Póki co podrzucam kilka luźnych wątków:

  1. Samo otaczanie się książkami to +10 do nastroju, nie mówiąc już o ich czytaniu. 

  2. Nigdy nie będę za stara na Króla Lwa. 

  3. Nie ma czegoś takiego jak trzymanie diety na wyjeździe. 

  4. Zwiedzanie zamków Krzyżackich i Chopin w aucie ma sens tylko z Markiem. 

  5. Częste noszenie noworodków zdecydowanie niweluje obawę przed ich upuszczeniem.

  6. Nie musimy być jak wszyscy bo nie jesteśmy wszyscy. 

  7. Nie ma lepszych wesel niż te z Łanową. 

  8. Naprawdę znajdę nową pracę, jeśli będę tego potrzebować. 

  9. To, że ktoś rzadziej się odzywa, nie musi oznaczać, że nie jesteś dla niego ważny. 

  10. Nie musisz pochwalać wszystkiego co robią Twoi znajomi, czasem wystarczy z nimi pobyć. 

  11. Spodnie w lato nie mają sensu. 

  12. Nie trzeba być wszędzie i to też jest ok. 

  13. Kiedyś naprawdę dojrzeję do kursu na prawo jazdy.

  14. Jaworki są jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi i mieszkają tam moi teściowie. (#wdzięczność)

  15. Serio mamy ciągle bardzo dużo czasu. 

A od jutra off na Dolnym Śląsku. Oderwijcie głowy i niech Wam sierpień długim będzie! 

„Pocałuj mnie jak na filmach”, czyli o tacie.

Z dużym trudem wraca się do rzeczywistości po weekendzie jak ten. Kiedy w głowie spódnice w kwiaty, Trebunie Tutki, wino i miejsca, w których zatrzymał się czas. Przytrafiło mi się pierwsze (bo chyba można tak powiedzieć – góralskie!) wesele, pierwsze Boże Ciało na Jaworkach.

Świętowanie Bożego Ciała lubiłam od zawsze, ale dopiero od niedawna tak ściśle kojarzę je z Jerozolimą, czy rocznicą ślubu. Za dzieciaka podczas procesji sypałam kwiaty i wypatrywałam dekoracji w oknie naszego mieszkania. Nie bałam się burzy bo zawsze leje dopiero po południu. Do teraz nie potrafię przywołać każdej z czterech czytanych wtedy Ewangelii, mam jednak głębokie przekonanie, że to święto szczególnej bliskości Boga z człowiekiem. Ze stopami w jaworczańskiej trawie i kapliczką na podwórku – miałam szczęście poczuć to jeszcze mocniej. 🙂

(…)

Gdzieś pomiędzy weselem a powrotem do domu wręcz zapodział się Dzień Taty. Trochę o nim zapomniałam. Trochę nie mogłam uwolnić się z uścisku Taty, gdy wreszcie udało mi się złożyć mu życzenia.

Bo Tata to taki cichy bohater. Bardziej robi niż mówi, a w ostatecznym starciu i tak masz go po swojej stronie. Tata bywa jedyną osobą, która po imprezie rozwiezie Twoich wstawionych znajomych. Bierze rzeczy do siebie, ale tak bez wielkiego halo. Tata daje większą przestrzeń, przez co zbiera do kupy czasem znacznie szybciej niż inni. Jest bardziej na dystans, ale ciągle bliski.

Mój Tata płacze na kreskówkach i jak widzi swoje dzieci razem. Po nim mam miłość do muzyki i cierpliwość do Mamy. Wiem, że pracuje się czasem za darmo (bo dobro zawsze wraca..). A można pracować i do 70tki! Mój Tata zwozi drzewo z lasu i czaruje głosem w radiu.

Tylko przez krótką chwilę myślałam, czy ten drugi też jest Tatą. Teraz wiem, że tak – jedynie tym później spotkanym 😉 To czego nie zdążę w nim poznać, zobaczę w Marku. Tak wiele od niego ma.

Za Waszą wrażliwość i siłę – dziękuję.

P.S. Zdjęcie tłumaczy tytuł.
P.S.2. Dziś sentymentalnie:

Pierwsza.

Jak to może być po roku?

Na pewno nie wyszło się jeszcze ze stanu zaskoczenia, że przeważnie jest nam przecież bardzo dobrze. Ma się już pewne przyzwolenie na chwile, w których bywa całkiem zwyczajnie. I że to właśnie ten drugi odsłania w nas najbardziej skrajne emocje.

Można wykrawać więcej czasu na swoje osobne sprawy. Ubiegać się o uwagę nieco rzadziej – dzięki pewności – że to niczego między nami nie zmieni. Że kłótnie rozjuszają, ale nie podzielą. Czuć to miłe ciepełko na samą myśl o tym drugim. Przestać się bronić. I wciągać brzuch we własnym domu. Pozwolić sobie na przyjedź po mnie.. bo tak.

Bez krępacji i szczególnego wymuszania spełnić dzienną zalecaną normę bycia przytulanym (czasem nawet podniesionym, aczkolwiek ja nie lubię). Pamiętać żeby ogolić nogi bo to już nie tylko moja sprawa. Nie musieć mówić tak dużo jak wcześniej. Albo mówić to-czego-nigdy-nikomu-innemu.

Dostać z łokcia nad ranem (bo to łóżko jakieś węższe..). Wreszcie trochę odpuścić. Bo już zawsze będzie na dwa.

Resztę wrażeń zostawiam na kolejne 70 lat.

Dzięki, Chłopaku.

Mama.

Mama jest bez wątpienia kimś, od kogo nie wychodzi się z pustymi rękami. I nieważne czy jest to dobre słowo, szczypta złośliwości, czy słoik bigosu – Mama jest zaprogramowana na dawanie.

(…)

Jednym z przekonań, które wyniosłam z rodzinnego domu jest, że materialnie nigdy niczego nam nie brakowało. Na ile to prawda, a co realnie odjęli sobie od ust moi rodzice – tego raczej już się nie dowiem. Pewne jest, że dorosłam w poczuciu totalnego zaopiekowania.

Bo kto jak nie Mama rozpoznaje najmniejszy kryzys po samej barwie głosu (i to zmienionej przez telefoniczny kabel!). Zna maści na miejsca, o istnieniu których mam się dopiero dowiedzieć. Ma nosa do facetów. I oko na dziesięć wymiarów rzeczywistości.

A jednak z Mamą bywa czasem trudno. Bo najtrudniej bywa z najbliższymi. Bo była pierwszym wzorem kobiecości, na którym stanął mój młody świat. To trochę od niej zależało czy polubię sukienki. I siebie. I czy po tym chłopaku, którym złamał serce za dzieciaka, nadal będę chciała nosić sukienki.

Dziś Mama jest trochę dalej, ale tylko po części. Bo o tej relacji chyba nigdy się nie zapomina. Mogę zapierać się, że nie jesteśmy podobne, a przypomną mi o niej moje własne słowa. Bo nadal jest jednym z pierwszych kontaktów, które wybiorę w telefonie, gdy potrzebuję żeby ktoś postawił mnie na nogi. Bo za często się na nią złoszczę, a złoszczę się, kiedy mi zależy.

Dziś mam dwie Mamy, a od każdej z nich mogę zabrać sobie dużo dobrego. Niemniej niż od bliskich mi znajomych – jeszcze bardzo młodych mam. Dzięki nim, z wypiekami na twarzy liczę na nieprzespane noce, które haratają nerwy i poszerzają serducho.

Zima w maju wcale nie jest fajna. Nie da się jej odczarować nawet sukienkami. Jakkolwiek się nie wzbraniam, kapryśna aura dominuje także od środka.

Bo jeszcze w niedzielę przedpołudnie na Łanowej. Cola pod sklepem. Zapewnianie, że nadal jesteśmy kumplami. Uciekanie przed burzą. Włączysz mi koszenie trawy na YouTube? Odliczanie dni do pendolino na obóz.

Znów to zawstydzające wrażenie jak niewiele nam potrzeba.

(…)

Dziś już nieco inaczej. Zajęcia z niezmiennie irytującym chłopcem. Poczucie bezradności wobec czyjegoś nieszczęścia. Bo tym większa niezgoda, im bardziej ktoś bliski. Krok w tył żeby nie powiedzieć za dużo tym bardziej płochliwym. Przypominanie sobie, że nigdy nie ma po równo. Momentów, w których czułam, że to co robię jest bardzo ok.

Ponowne doświadczenie jak silne kobiety jest mi dane znać. Wdzięczność.

I za to, że po prostu Jesteś.

 

P.S. A na wtorki pod kocem nie ma ostatnio lepszej nuty jak: