„Pocałuj mnie jak na filmach”, czyli o tacie.

Z dużym trudem wraca się do rzeczywistości po weekendzie jak ten. Kiedy w głowie spódnice w kwiaty, Trebunie Tutki, wino i miejsca, w których zatrzymał się czas. Przytrafiło mi się pierwsze (bo chyba można tak powiedzieć – góralskie!) wesele, pierwsze Boże Ciało na Jaworkach.

Świętowanie Bożego Ciała lubiłam od zawsze, ale dopiero od niedawna tak ściśle kojarzę je z Jerozolimą, czy rocznicą ślubu. Za dzieciaka podczas procesji sypałam kwiaty i wypatrywałam dekoracji w oknie naszego mieszkania. Nie bałam się burzy bo zawsze leje dopiero po południu. Do teraz nie potrafię przywołać każdej z czterech czytanych wtedy Ewangelii, mam jednak głębokie przekonanie, że to święto szczególnej bliskości Boga z człowiekiem. Ze stopami w jaworczańskiej trawie i kapliczką na podwórku – miałam szczęście poczuć to jeszcze mocniej. 🙂

(…)

Gdzieś pomiędzy weselem a powrotem do domu wręcz zapodział się Dzień Taty. Trochę o nim zapomniałam. Trochę nie mogłam uwolnić się z uścisku Taty, gdy wreszcie udało mi się złożyć mu życzenia.

Bo Tata to taki cichy bohater. Bardziej robi niż mówi, a w ostatecznym starciu i tak masz go po swojej stronie. Tata bywa jedyną osobą, która po imprezie rozwiezie Twoich wstawionych znajomych. Bierze rzeczy do siebie, ale tak bez wielkiego halo. Tata daje większą przestrzeń, przez co zbiera do kupy czasem znacznie szybciej niż inni. Jest bardziej na dystans, ale ciągle bliski.

Mój Tata płacze na kreskówkach i jak widzi swoje dzieci razem. Po nim mam miłość do muzyki i cierpliwość do Mamy. Wiem, że pracuje się czasem za darmo (bo dobro zawsze wraca..). A można pracować i do 70tki! Mój Tata zwozi drzewo z lasu i czaruje głosem w radiu.

Tylko przez krótką chwilę myślałam, czy ten drugi też jest Tatą. Teraz wiem, że tak – jedynie tym później spotkanym 😉 To czego nie zdążę w nim poznać, zobaczę w Marku. Tak wiele od niego ma.

Za Waszą wrażliwość i siłę – dziękuję.

P.S. Zdjęcie tłumaczy tytuł.
P.S.2. Dziś sentymentalnie:

Reklamy

Pierwsza.

Jak to może być po roku?

Na pewno nie wyszło się jeszcze ze stanu zaskoczenia, że przeważnie jest nam przecież bardzo dobrze. Ma się już pewne przyzwolenie na chwile, w których bywa całkiem zwyczajnie. I że to właśnie ten drugi odsłania w nas najbardziej skrajne emocje.

Można wykrawać więcej czasu na swoje osobne sprawy. Ubiegać się o uwagę nieco rzadziej – dzięki pewności – że to niczego między nami nie zmieni. Że kłótnie rozjuszają, ale nie podzielą. Czuć to miłe ciepełko na samą myśl o tym drugim. Przestać się bronić. I wciągać brzuch we własnym domu. Pozwolić sobie na przyjedź po mnie.. bo tak.

Bez krępacji i szczególnego wymuszania spełnić dzienną zalecaną normę bycia przytulanym (czasem nawet podniesionym, aczkolwiek ja nie lubię). Pamiętać żeby ogolić nogi bo to już nie tylko moja sprawa. Nie musieć mówić tak dużo jak wcześniej. Albo mówić to-czego-nigdy-nikomu-innemu.

Dostać z łokcia nad ranem (bo to łóżko jakieś węższe..). Wreszcie trochę odpuścić. Bo już zawsze będzie na dwa.

Resztę wrażeń zostawiam na kolejne 70 lat.

Dzięki, Chłopaku.

Mama.

Mama jest bez wątpienia kimś, od kogo nie wychodzi się z pustymi rękami. I nieważne czy jest to dobre słowo, szczypta złośliwości, czy słoik bigosu – Mama jest zaprogramowana na dawanie.

(…)

Jednym z przekonań, które wyniosłam z rodzinnego domu jest, że materialnie nigdy niczego nam nie brakowało. Na ile to prawda, a co realnie odjęli sobie od ust moi rodzice – tego raczej już się nie dowiem. Pewne jest, że dorosłam w poczuciu totalnego zaopiekowania.

Bo kto jak nie Mama rozpoznaje najmniejszy kryzys po samej barwie głosu (i to zmienionej przez telefoniczny kabel!). Zna maści na miejsca, o istnieniu których mam się dopiero dowiedzieć. Ma nosa do facetów. I oko na dziesięć wymiarów rzeczywistości.

A jednak z Mamą bywa czasem trudno. Bo najtrudniej bywa z najbliższymi. Bo była pierwszym wzorem kobiecości, na którym stanął mój młody świat. To trochę od niej zależało czy polubię sukienki. I siebie. I czy po tym chłopaku, którym złamał serce za dzieciaka, nadal będę chciała nosić sukienki.

Dziś Mama jest trochę dalej, ale tylko po części. Bo o tej relacji chyba nigdy się nie zapomina. Mogę zapierać się, że nie jesteśmy podobne, a przypomną mi o niej moje własne słowa. Bo nadal jest jednym z pierwszych kontaktów, które wybiorę w telefonie, gdy potrzebuję żeby ktoś postawił mnie na nogi. Bo za często się na nią złoszczę, a złoszczę się, kiedy mi zależy.

Dziś mam dwie Mamy, a od każdej z nich mogę zabrać sobie dużo dobrego. Niemniej niż od bliskich mi znajomych – jeszcze bardzo młodych mam. Dzięki nim, z wypiekami na twarzy liczę na nieprzespane noce, które haratają nerwy i poszerzają serducho.

Zima w maju wcale nie jest fajna. Nie da się jej odczarować nawet sukienkami. Jakkolwiek się nie wzbraniam, kapryśna aura dominuje także od środka.

Bo jeszcze w niedzielę przedpołudnie na Łanowej. Cola pod sklepem. Zapewnianie, że nadal jesteśmy kumplami. Uciekanie przed burzą. Włączysz mi koszenie trawy na YouTube? Odliczanie dni do pendolino na obóz.

Znów to zawstydzające wrażenie jak niewiele nam potrzeba.

(…)

Dziś już nieco inaczej. Zajęcia z niezmiennie irytującym chłopcem. Poczucie bezradności wobec czyjegoś nieszczęścia. Bo tym większa niezgoda, im bardziej ktoś bliski. Krok w tył żeby nie powiedzieć za dużo tym bardziej płochliwym. Przypominanie sobie, że nigdy nie ma po równo. Momentów, w których czułam, że to co robię jest bardzo ok.

Ponowne doświadczenie jak silne kobiety jest mi dane znać. Wdzięczność.

I za to, że po prostu Jesteś.

 

P.S. A na wtorki pod kocem nie ma ostatnio lepszej nuty jak:

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem chciałabym już do Góry.

Ale..! Absolutnie nie wybieram się tam wcześniej niż mnie zaproszą. 🙂

A tak serio, to pamiętam jak kilka lat temu na imprezie moja znajoma zapytała nagle: Wyobrażacie sobie jak w Niebie musi być pięknie? Zgodnym chórem przytaknęłam, w głębi duszy myśląc sobie, że jest mocno nawiedzona. Fakt, że pamiętam o tym do dziś świadczy chyba o tym, że jakoś mnie to nurtuje.

A może nawet więcej niż nurtuje. W to, że Niebo jest w środku niebieskie, a ludzie zajmują się tam grzecznym siedzeniem na chmurkach, przestałam wierzyć na szczęście już dosyć dawno. Stosunkowo łatwo łyknęłam pomysły, że jest to miejsce szczególnej bliskości z Panem Bogiem, czy – nawet jeśli z wierzchu podobne do naszego teraz – to jednak bezsprzecznie dobre.

Jednej rzeczy nadal nie przeskoczyłam i szczerze zazdroszczę jej szczęściarzom, dla których to oczywiste. Przekonania, że Niebo może nas REALNIE dotyczyć. Że nagle, tak jak planujemy weekend czy kredyt, można zapragnąć, że kiedyś tam będziemy. Przemyśleć jak się na to gotować. Pocieszyć się, że to nam prawdziwie dostępne.

To nie ma być teologiczna rozprawa, wybaczcie więc uproszczenia. Co się komu będzie należeć, leży zdecydowanie poza obszarem mojej wiedzy. Jednak to, czego żadnemu z nas nie można odebrać to nadziei, że i nam się dostanie.

 

***

Minął dobry kawałek Wielkiego Postu, a moje postanowienia leżą w powijakach. Z corocznym założeniem ograniczenia słodyczy dawno został już tylko mój mąż. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jak zwykle więcej mi się od tego szczególnego Czasu dostało, niż sama zdołałam mu dać.

I wcale nie chodzi o to, że jest jakoś łatwiej bo we znaki dają się i ekstremalnie dynamiczny charakter mojej pracy i czysto fizyczne słabości. Mimo to, nie mogę pozbyć się przekonania, że wzrok coraz częściej ucieka mi do góry. Że trochę więcej jest miejsca na Ty i Twoje. I trochę mniej przerażenia, gdybym do tej Góry miała poszybować choćby jutro.

 

Jeśli miałabym życzyć Wam i sobie jednej rzeczy, nie tylko na okres Wielkiego Postu – byłoby to chyba uszczknięcie sobie chociaż kawałeczka tej przyszłej radości na teraz. Że prawdopodobnie nie jesteśmy jeszcze na mecie i nie wszystko co dobre dawno za nami. I być może dopiero na tej mecie dowiemy się, o co chodziło w niektórych konkurencjach. Że może już teraz, Ktoś nam w tym pozornie żałosnym wyścigu bardzo kibicuje.

Pytałyście kiedyś Mężów za co Was kochają?
– Warto!

(…)

Ciągle tak samo mocno bawi mnie wspomnienie pozanania z Markiem. On – łączy je z konkretną datą i wydarzeniem, o czym ja zaledwie sobie przypominam. Podobnie jest z filmami, które oglądaliśmy wpólnie jeszcze lata temu, a tytuły których zostały przeze mnie już prawie całkowicie wyparte.

Nie żebym była ignorantem – jest jednak coś fascynującego w aż tak innym postrzeganiu rzeczywistości przez osoby odmiennej płci.

Marek jest typem człowieka, który działa. Ja muszę wpierw przeanalizować sytuację, starając się przewidzieć 15 ruchów naprzód, jakie zdobią wszystkie zaagażowane w sprawę osoby. Coraz intensywniej pracuję nad odruchem powstrzymywania go przed spontaniczną próbą wypowiedzenia się na absolutnie każdy temat. 🙂 Wciąż nie mogę zrozumieć, czemu aż tak bardzo irytuje go mówienie o sprawach, na które nie mamy wpływu. (I dlaczego on myśli, że ja myślę, że on powinien powiedzieć mi co mam myśleć..?)

Skoro aż tak nam daleko, to co w tym w ogóle przyjemnego? Otóż właśnie to siłowanie tak nas podkręca. 🙂 Podczas gdy ja widzę zasyfioną kuchnię, Marek docenia, że zrobiłam pranie. Kiedy obawiam się wzięcia urlopu – on zdążył już zabukować bilety. Bywam ostatnią osobą, która na imprezie wysłuchała wszystkich jego ciekawostek. Marek jest pierwszym facetem, który wytrzymał ze mną aż tak długo.

To, że Góra żywo się z nas podśmiewa, wiem nie od dzisiaj. Kto zna nas choć trochę – wie jak tańczy mój mąż. Wie też o moim zabiegu na nos. Dostać od Marka z główki w operowane miejsce? – Nic prostrzego! 😀

I nic bardziej korzystnego nad obśmiewanie naszych wad. To co uważałam za swój atut – Marek miewa za nic. To czego w sobie nie widzę, w jego oczach okazało się czymś wyjątkowym.

Cudownie jest postawić nad jedną rzeczą przynajmniej dwie osoby. Dobrze ochłodzić czasem emocje dzięki czyjejś uwadze. Dostać prztyczek w najczulsze miejsce tylko po to żeby kiedyś się z tego śmiać. Z niedowierzaniem stwierdzić, że paskudna zupa nie każdemu smakuje tak samo źle.

Zapytajcie ich! 🙂

P.S. Ktoś powiedział nam kiedyś, że bardzo mu ich przypominamy i bardzo mnie to urzeka:

Projekt 3.0.

Uro-tydzień zapowiada się bardzo łaskawie. Rozpoczynając rzecz jasna od sprowokowanej przez mojego męża (nie)spodzianki! (A kto zna nas choć trochę wie, jak wyszukanej sztuki dyplomacji wymagało ustalenie, że w Naszym Nowym Domu – święta są fajne i w święta się świętuje 😉 ). Poza tym szczerze najmilej jest spotkać znajomych – tych widywanych częściej i tych zupełnie rzadko.

Kiedy myślałam o wpisie z okazji tej – przełomowej poniekąd daty, od razu przychodziły mi do głowy podsumowania. Że do wtedy na pewne rzeczy można było sobie pozwolić, a teraz to już nie bardzo wypada.

Usłyszałam kiedyś, że oczekiwania są jedynie czymś, co sami na siebie nakładamy. Szczerze żałuję, że tak rzadko o tym pamiętam. Przynajmniej względem siebie – wobec innych bywam zazwyczaj dużo łaskawsza.

Więc gdyby tak odwrócić kota ogonem i, zamiast pytać o plany na przyszłość, z wdzięcznością przyjrzeć się temu co tutaj? 🙂

Jeszcze niecałe dwa lata temu byłam przekonana, że Kraków absolutnie nie jest w stanie zaspokoić moich życiowych potrzeb. O związkach z mężczyznami wiedziałam tyle co nic albo, że nawet jeśli dobre – to tylko tymczasowe. Byłam przekonana, że mam zostać wokalistką. To, że jeszcze (!) się nie wybiłam, miało być tylko pretekstem do bardziej intensywnych ćwiczeń. Zmieniałam prace raz na kilka miesięcy, zgrabnie opuszczając każde miejsce, w którym zaczynało być mi choć trochę niewygodnie. Utrzymywałam przyjaźnie z osobami, którym nie miałam czego zazdrościć, w przeciwnym razie skonfrontowałoby mnie to z brakiem, na który przecież nie chciałam sobie pozwolić.

(…)

Zauważyłam ostatnio modę (?) na wybieranie słowa/hasła opisującego miniony rok, czy inny zamknięty okres. Gdybym miała pokusić się o słowo na moje teraz – które tak bardzo ułatwia mi życie – brzmiałoby ono: JEDNOCZEŚNIE. 🙂

Bezsprzecznie preferuję życie we dwójkę, przy czym nadal chodzę na samotny spacer i koncerty. Kraków tak samo mocno kocham, jak czasem go nienawidzę. W imię oszczędności potrafię odmówić sobie obiadu, a zaraz po tym kupić kolejną sukienkę. Pomagam innym – sama tak często potrzebując bycia zaopiekowaną. Liczę kalorie, po czym zajadam się czekoladą. Lubię spotykać Mamy jak i kobiety biznesu. Słucham jazzu i polskiej alternatywy. Nie przestanę łączyć soku pomarańczowego z kawą. Bywam cudowną żoną i marudą nie do zniesienia. Słabości są mi największym przekleństwem i błogosławieństwem.

 

Dekado ta i każda następna! – bądźcie dla mnie wyzwaniem i ukojeniem. JEDNOCZEŚNIE.

 

P.S. Piosenka jest zupełnie od czapy, ale że odkrywam ten zespół ostatnio na nowo – łapcie: https://www.youtube.com/watch?v=v3xwCkhmies&ab_channel=ArKay74