Czasem chciałabym już do Góry.

Ale..! Absolutnie nie wybieram się tam wcześniej niż mnie zaproszą. 🙂

A tak serio, to pamiętam jak kilka lat temu na imprezie moja znajoma zapytała nagle: Wyobrażacie sobie jak w Niebie musi być pięknie? Zgodnym chórem przytaknęłam, w głębi duszy myśląc sobie, że jest mocno nawiedzona. Fakt, że pamiętam o tym do dziś świadczy chyba o tym, że jakoś mnie to nurtuje.

A może nawet więcej niż nurtuje. W to, że Niebo jest w środku niebieskie, a ludzie zajmują się tam grzecznym siedzeniem na chmurkach, przestałam wierzyć na szczęście już dosyć dawno. Stosunkowo łatwo łyknęłam pomysły, że jest to miejsce szczególnej bliskości z Panem Bogiem, czy – nawet jeśli z wierzchu podobne do naszego teraz – to jednak bezsprzecznie dobre.

Jednej rzeczy nadal nie przeskoczyłam i szczerze zazdroszczę jej szczęściarzom, dla których to oczywiste. Przekonania, że Niebo może nas REALNIE dotyczyć. Że nagle, tak jak planujemy weekend czy kredyt, można zapragnąć, że kiedyś tam będziemy. Przemyśleć jak się na to gotować. Pocieszyć się, że to nam prawdziwie dostępne.

To nie ma być teologiczna rozprawa, wybaczcie więc uproszczenia. Co się komu będzie należeć, leży zdecydowanie poza obszarem mojej wiedzy. Jednak to, czego żadnemu z nas nie można odebrać to nadziei, że i nam się dostanie.

 

***

Minął dobry kawałek Wielkiego Postu, a moje postanowienia leżą w powijakach. Z corocznym założeniem ograniczenia słodyczy dawno został już tylko mój mąż. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jak zwykle więcej mi się od tego szczególnego Czasu dostało, niż sama zdołałam mu dać.

I wcale nie chodzi o to, że jest jakoś łatwiej bo we znaki dają się i ekstremalnie dynamiczny charakter mojej pracy i czysto fizyczne słabości. Mimo to, nie mogę pozbyć się przekonania, że wzrok coraz częściej ucieka mi do góry. Że trochę więcej jest miejsca na Ty i Twoje. I trochę mniej przerażenia, gdybym do tej Góry miała poszybować choćby jutro.

 

Jeśli miałabym życzyć Wam i sobie jednej rzeczy, nie tylko na okres Wielkiego Postu – byłoby to chyba uszczknięcie sobie chociaż kawałeczka tej przyszłej radości na teraz. Że prawdopodobnie nie jesteśmy jeszcze na mecie i nie wszystko co dobre dawno za nami. I być może dopiero na tej mecie dowiemy się, o co chodziło w niektórych konkurencjach. Że może już teraz, Ktoś nam w tym pozornie żałosnym wyścigu bardzo kibicuje.

Reklamy

Pytałyście kiedyś Mężów za co Was kochają?
– Warto!

(…)

Ciągle tak samo mocno bawi mnie wspomnienie pozanania z Markiem. On – łączy je z konkretną datą i wydarzeniem, o czym ja zaledwie sobie przypominam. Podobnie jest z filmami, które oglądaliśmy wpólnie jeszcze lata temu, a tytuły których zostały przeze mnie już prawie całkowicie wyparte.

Nie żebym była ignorantem – jest jednak coś fascynującego w aż tak innym postrzeganiu rzeczywistości przez osoby odmiennej płci.

Marek jest typem człowieka, który działa. Ja muszę wpierw przeanalizować sytuację, starając się przewidzieć 15 ruchów naprzód, jakie zdobią wszystkie zaagażowane w sprawę osoby. Coraz intensywniej pracuję nad odruchem powstrzymywania go przed spontaniczną próbą wypowiedzenia się na absolutnie każdy temat. 🙂 Wciąż nie mogę zrozumieć, czemu aż tak bardzo irytuje go mówienie o sprawach, na które nie mamy wpływu. (I dlaczego on myśli, że ja myślę, że on powinien powiedzieć mi co mam myśleć..?)

Skoro aż tak nam daleko, to co w tym w ogóle przyjemnego? Otóż właśnie to siłowanie tak nas podkręca. 🙂 Podczas gdy ja widzę zasyfioną kuchnię, Marek docenia, że zrobiłam pranie. Kiedy obawiam się wzięcia urlopu – on zdążył już zabukować bilety. Bywam ostatnią osobą, która na imprezie wysłuchała wszystkich jego ciekawostek. Marek jest pierwszym facetem, który wytrzymał ze mną aż tak długo.

To, że Góra żywo się z nas podśmiewa, wiem nie od dzisiaj. Kto zna nas choć trochę – wie jak tańczy mój mąż. Wie też o moim zabiegu na nos. Dostać od Marka z główki w operowane miejsce? – Nic prostrzego! 😀

I nic bardziej korzystnego nad obśmiewanie naszych wad. To co uważałam za swój atut – Marek miewa za nic. To czego w sobie nie widzę, w jego oczach okazało się czymś wyjątkowym.

Cudownie jest postawić nad jedną rzeczą przynajmniej dwie osoby. Dobrze ochłodzić czasem emocje dzięki czyjejś uwadze. Dostać prztyczek w najczulsze miejsce tylko po to żeby kiedyś się z tego śmiać. Z niedowierzaniem stwierdzić, że paskudna zupa nie każdemu smakuje tak samo źle.

Zapytajcie ich! 🙂

P.S. Ktoś powiedział nam kiedyś, że bardzo mu ich przypominamy i bardzo mnie to urzeka:

Projekt 3.0.

Uro-tydzień zapowiada się bardzo łaskawie. Rozpoczynając rzecz jasna od sprowokowanej przez mojego męża (nie)spodzianki! (A kto zna nas choć trochę wie, jak wyszukanej sztuki dyplomacji wymagało ustalenie, że w Naszym Nowym Domu – święta są fajne i w święta się świętuje 😉 ). Poza tym szczerze najmilej jest spotkać znajomych – tych widywanych częściej i tych zupełnie rzadko.

Kiedy myślałam o wpisie z okazji tej – przełomowej poniekąd daty, od razu przychodziły mi do głowy podsumowania. Że do wtedy na pewne rzeczy można było sobie pozwolić, a teraz to już nie bardzo wypada.

Usłyszałam kiedyś, że oczekiwania są jedynie czymś, co sami na siebie nakładamy. Szczerze żałuję, że tak rzadko o tym pamiętam. Przynajmniej względem siebie – wobec innych bywam zazwyczaj dużo łaskawsza.

Więc gdyby tak odwrócić kota ogonem i, zamiast pytać o plany na przyszłość, z wdzięcznością przyjrzeć się temu co tutaj? 🙂

Jeszcze niecałe dwa lata temu byłam przekonana, że Kraków absolutnie nie jest w stanie zaspokoić moich życiowych potrzeb. O związkach z mężczyznami wiedziałam tyle co nic albo, że nawet jeśli dobre – to tylko tymczasowe. Byłam przekonana, że mam zostać wokalistką. To, że jeszcze (!) się nie wybiłam, miało być tylko pretekstem do bardziej intensywnych ćwiczeń. Zmieniałam prace raz na kilka miesięcy, zgrabnie opuszczając każde miejsce, w którym zaczynało być mi choć trochę niewygodnie. Utrzymywałam przyjaźnie z osobami, którym nie miałam czego zazdrościć, w przeciwnym razie skonfrontowałoby mnie to z brakiem, na który przecież nie chciałam sobie pozwolić.

(…)

Zauważyłam ostatnio modę (?) na wybieranie słowa/hasła opisującego miniony rok, czy inny zamknięty okres. Gdybym miała pokusić się o słowo na moje teraz – które tak bardzo ułatwia mi życie – brzmiałoby ono: JEDNOCZEŚNIE. 🙂

Bezsprzecznie preferuję życie we dwójkę, przy czym nadal chodzę na samotny spacer i koncerty. Kraków tak samo mocno kocham, jak czasem go nienawidzę. W imię oszczędności potrafię odmówić sobie obiadu, a zaraz po tym kupić kolejną sukienkę. Pomagam innym – sama tak często potrzebując bycia zaopiekowaną. Liczę kalorie, po czym zajadam się czekoladą. Lubię spotykać Mamy jak i kobiety biznesu. Słucham jazzu i polskiej alternatywy. Nie przestanę łączyć soku pomarańczowego z kawą. Bywam cudowną żoną i marudą nie do zniesienia. Słabości są mi największym przekleństwem i błogosławieństwem.

 

Dekado ta i każda następna! – bądźcie dla mnie wyzwaniem i ukojeniem. JEDNOCZEŚNIE.

 

P.S. Piosenka jest zupełnie od czapy, ale że odkrywam ten zespół ostatnio na nowo – łapcie: https://www.youtube.com/watch?v=v3xwCkhmies&ab_channel=ArKay74

Przyjdź.

Zanim przepadnę bez zasięgu gdzieś na granicy ze Słowacją – sentymentalny ukłon w kierunku adwentu. Z przyczyn organizacyjnych roraty pożegnałam już wczoraj. W tym roku szczęśliwie uprawiane dużo częściej niż poprzednio.

Wierzę, że nie bez znaczenia adwent i Boże Narodzenie kończy rok kalendarzowy. Narodzenie to początek. I nie śmiem wyśmiewać żadnego z postanowień pokroju od stycznia cisnę 6 Weidera (wręcz przeciwnie – szczerze zdopinguję), ale wierci mnie, że jednak nie do końca o to.

Albo przegapiłam te roraty albo to zupełnie nieadwentowe czytanie: I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała (Ez 36, 26).

Serce? To już Mikołaj przynosi bardziej humanitarne prezenty. 🙂 Od niego choć pokrótce wiemy czego się spodziewać. A Dzieciątko szaleje i przynosi Serce.

Nie wiem czy też znacie dni, w których chce się powiedzieć Panu Bogu, że jeśli planował Was uczyć pokory to już wystarczy. Że zalapaliscie i więcej nie trzeba. A to, że On ma poczucie humoru, wiadomo nie od dziś. To tak jakby spotkać w pustym autobusie babuszkę, która prosi żebyś ustąpił jej miejsca (z życia wzięte). Zaplanować sobie urlop na Hawajach, gdy w dniu wylotu ktoś kradnie Wasz samolot. Prosić o rower pod choinkę, a dostać skakankę. Niby też fajnie, ale jednak nie to samo.

Jeśli chciałabym jakoś rozumieć Serce to chyba jako Prawdę. Jestem mimo wszystko. Okazuję słabość przed mężem. Przyznaję, że zazdroszczę przyjaciółce. Mówię znajomej z pracy, że na pewne rzeczy się nie zgadzam. Jeśli widzę potrzebujących, to też tych na lajfie, którzy nie pachną tak dobrze jak przez internet. Przyznaję, że jestem zmęczona. Pracuję pomimo zmęczenia. Jestem dla siebie bardziej przyjazna – jestem totalnie dla innych.

Obawiam się, że 2019 nie pomieści tego postanowienia. Cytując Marka kocham Cię na 70 lat, z opcją przedłużenia. Z każdym rokiem nowe Serce każe być bardziej pojemne. ❤️

Przyjdź, Panie.

Choć trochę się Ciebie takiego boję. Bardzo Ciebie takiego pragnę.

Walcz, nie uciekaj – czyli pierwsze pół za nami

Być razem nie oznacza aktywnie asystować w sprzątaniu bałaganu partnera. Oznacza czekać cierpliwie i kibicować, zajmując się jednocześnie własnym bałaganem. Wierzyć głęboko, że przyjdzie taki czas, kiedy wspólnie odpoczniemy po wysiłku, jaki każde z nas włożyło w sprzątanie samego siebie (K. Nosowska: „A ja żem jej powiedziała”, 2018)

No i co Wy na to? Ja kupuję, w całości.

I wcale nie o to, że swojego nieporządku jest na tyle sporo, że gdyby jeszcze myśleć o czyimś to już w ogóle zabrakłoby godzin. I nie o to, że jeśli partner większy – to wlecze za sobą proporcjonalnie pokaźniejszy tobołek. Bardziej chyba o sprawy, które, pomimo czasem najszczerszych chęci, są absolutnie niemożliwe do przekazania. Komukolwiek. Przynajmniej nikomu w naszej atmosferze. 🙂

(…)

Tak się składa, że za tydzień minie nam (hope so!) pierwsze pół roku małżeństwa. Możliwe, że tak się złoży – że w wirze weekendu, gdzieś pomiędzy pracą Marka a moją uczelnią – kompletnie nam to umknie. (Zresztą podskórnie czuję, że czwartkowe gerbery mogły mieć charakter prewencyjny.. 😀 ) Także wychodząc z założenia, że rocznice mają postać umowną – poświętuję sobie dzisiaj.

Mam nadzieję, że ani teraz, ani za x lat nie nadejdzie mnie chęć na podsumowania. Co ja wiem o małżeństwie odważę się spróbować powiedzieć Wam może za 10 lat. Póki co wiemy o nim tyle, co lew o sałacie.

Śmiało jednak mogę powiedzieć, co zadziało się, że w ogóle do niego doszło. I pozwólcie, że pominę argumenty pokroju tyle chłopak czekał to wyczekał, czy życie mija ja ni-czy-.., choć z pewnością nie można zupełnie odebrać im znaczenia. Jak i (rzecz jasna!) niezliczonym zaletom mojego męża.

Jednak ziarenkiem, które przeciążyło szalę, było z pewnością zrozumienie, że nie muszę najpierw posprzątać wszystkiego. Że pewne rzeczy zostaną sobie takie rozdrapane, i choć – być może już razem – z czasem trochę je przyklepiemy, to nie mamy gwarancji, że kiedyś nie wypłyną ze zdwojoną siłą. Że czasem zdołamy pomóc sobie w wepchnięciu ich z powrotem, a nawet w trwałym usunięciu z naszego życia, a czasem jedynym co możemy dla siebie zrobić będzie przyglądanie się walce tego drugiego. Kibicowanie, ale takie bez gwarancji sukcesu.

 

I wiecie co? Wchodzę w to. Nawet jeśli czasem będę mogła tylko patrzeć z powodu dużo za krótkich rąk. Nawet, gdy będzie mnie złościć, że przecież tak dużo mówię, a Ty nie jesteś w stanie mnie odciążyć.

Po 6 miesiącach małżeństwa, bez zbędnych ogródek, najszczersze – polecam.

#gdytyijaistół

Minął wrzesień i ucieka mi październik.

Kaloszki nie zdążyły wejść w użycie.
Ja – nie zdążyłam zacząć prawa jazdy.
Nie wymieniłam koła w rowerze.
Nie rozpoczęłam trybu oszczędzania na cokolwiek.
A remont torowiska na Karmelickiej – zdecydowanie nie ma się ku końcowi.

Na szczęście – jak to w życiu – do każdego dołka prędzej czy później coś sypną. Tak, że czasem zostajemy obdarowani hojniej niż w pierwotnym założeniu.

I mnie dostało się od października. Przede wszystkim świadomość, że (serio serio!) mam od niedawna dwóch Tatów. I dwie Mamy. I że dowcipy o zgryźliwych teściowych nie muszą znajdować swojego odniesienia w rzeczywistości.

Przyszła też wiedza o zdrowiu i nie-zdrowiu, i jaka by nie była – zawsze lepsza wiedza niż jej brak. Przyszło zdumienie, że nas to porusza, ale nie powala.

Październik – to wreszcie nowa płyta Dawida (!). I genialny pomysł na to jak wysępić ją od własnego Męża tak, żeby On nie musiał wpadać na pomysł, a mi nie było smutno, jeśli On nie wpadnie na pomysł żeby mieć pomysł.

Przyszedł odświeżacz powietrza, który pozwala mi zachować resztki sprawczości w walce ze smogiem. Brownie dla cukrzyków wychodzi mi już całkiem nieźle. A Marek coraz rzadziej wrzuca do prali złączone skarpety.

Będziemy żyć.

 

A jeśli coś jest nasze, to tylko myśl, że Tu i Teraz niczego nam nie brakuje.

 

P. S. Kaśka ❤ https://www.youtube.com/watch?v=F_8vYysgyjw

Wielkie Wrażenie.

No idzie jesień, no. Nie to żeby przesadnie przeszkadzało mi słońce, ale ze szczerym utęsknieniem wypatruję już ulubionego płaszcza, herbaty z cytryną i wieczorów z kocem i książką.

Czekam zmiany, bo wrzesień za każdym razem jest dla mnie trochę początkiem. Czekam jak pierwszoklasista nowego piórnika. 😉 Trochę ze strachem, a trochę z ciekawością i zaintrygowaniem.

W tym roku wrzesień jawi się przede mną jednak znacznie łagodniej. I to nie tylko ze względu na pogodę, która nie do końca o nim przypomina. Bo i praca już w miarę oswojona, mieszkanie nie takie nowe, a fakt, że w Domu znów ktoś na mnie czeka – okazał się w ogóle super.

Powtarzalność, bezpieczeństwo, rutyna..(?) Hola hola..

(…)

Kilka dni temu odwiedził mnie w pracy uroczy 7-latek ze swoim tatą. Stosunkowo młodym, aczkolwiek łysawym już panem. Lekarzem bliżej nieznanej mi specjalności.
Szybko okazało się, że pan nie ma żadnego schematu na nasze spotkanie. Bo chłopiec w poradni niby nie po raz pierwszy, ale to żona zawsze do Państwa przychodziła, ogólnie ona mogłaby powiedzieć więcej na ten temat.

Nie wiem czemu z góry włożyłam pana w szufladkę weekendowych ‚tatów’, którzy o swoich dzieciach wiedzą mniej więcej tyle, ile da się zaobserwować między wieczorynką a buziakiem na dobranoc. Po trochę nieporadnym wstępie pan zdecydował jednak, że można obdarzyć mnie pewnym zaufaniem i poprowadził historię na tyle daleko, że momentami był zmuszony wyrażać obawę, na ile formalna powinna być nasza rozmowa. W międzyczasie wtrącał zdecydowanie zbyt mądre dla mnie określenia, mające lepiej opisać funkcjonowanie jego synka, uporczywie zwracając się do mnie per pani psycholog (niespełnione marzenie do końca nie pozwoliło mi wyprowadzić go z błędu!).

Po spotkaniu z synkiem – rozmowa z panem powinna przybrać charakter pewnego podsumowania z mojej strony. I rzeczywiście nim była, gdyż pan postanowił niemalże wcale nie komentować tego, co miałam mu do przekazania. Chwilę zastanawiałam się, czy pozostawiłam mu na to wystarczającą przestrzeń. Niestety nawet wyraźnie zachęcony – nie dał się sprowokować. Moje wewnętrzne zagubienie zostało jeszcze wzmocnione, gdy podał mi rękę na pożegnanie przyznając, że bardzo pozytywnie odebrał naszą rozmowę.

Po co ta cała historia? Chyba po to żebym z wdzięcznością zauważała jak wiele przede mną. Że wprawdzie zdążyłam poznać już pewne schematy, które bywają w mojej pracy (i życiu!) bardzo pomocne, same w sobie – nie prowadzą one jednak do większego rozwoju. Że czasem zmuszona będę zostać z własnymi wrażeniami całkiem sama. Bo inni mają prawo mnie z nimi pozostawiać. Nie mówić wszystkiego, nie mówić od razu, a czasem po prostu nie mówić wcale.

Jeżeli będziesz codziennie praktykować otwieranie się na własne emocje, na wszystkich ludzi, których spotykasz, i wszystkie sytuacje, w których się znajdujesz, bez zamykania się i z zaufaniem, że jest to możliwe – zaprowadzi Cię to tak daleko, jak możesz dojść.
(cyt. P. A. Levine, Trauma i pamięć. Mózg i ciało w poszukiwaniu autentycznej przeszłości.)

Niech wrzesień będzie mi początkiem nieustannego zadziwienia Człowiekiem.
Niech podobnie jak Gaba zagryzam językiem i połykam, nie uronię ani sylaby (…)

Plan na jesień? Mam nadzieję, że na całe życie. 🙂